Elżbieta Grzyb

Kim są autorzy przekładu Biblii, która stoi na Państwa półce? Kto przełożył na język polski dzieła Williama Szekspira czy Johanna Wolfganga Goethego, które poznawaliście na lekcjach języka polskiego? Czy wreszcie: czyje nazwisko, oprócz nazwiska autora, widnieje na stronie tytułowej skandynawskiej powieści kryminalnej, którą ostatnio dostaliście w prezencie?
Zarówno kanon dzieł literatury światowej, jak i literatura popularna światowego obiegu powstały na bazie przekładów. To dzięki tłumaczom mamy dostęp do myśli pisarzy tworzących w innych językach. Choć autorzy przekładów zawsze pełnili ogromną rolę w rozwoju kultur, z reguły zajmują w świadomości czytelników marginalną pozycję. Obcując z literaturą światową, najczęściej robimy to za pośrednictwem przekładów, choć zwykle o tym zapominamy. Ulegamy złudzeniu – często właśnie dzięki staraniom tłumaczy, aby tak było – że mamy dostęp do uświęconego oryginału, możemy poznawać autorskie intencje.
Na ogromną rolę, jaką pełnił i pełni przekład w rozwoju narodowych i ponadnarodowych systemów literackich, zwracają uwagę badacze z kręgu Translation Studies. Ta relatywnie nowa dziedzina badań humanistycznych narodziła się podczas konferencji w Leuven (1976), Tel Awiwie (1978) i Antwerpii (1980). Wskazano tam na ograniczenia tradycyjnego modelu badań, opierającego się na założeniu, że przekład to przeniesienie z kultury źródłowej do kultury docelowej, stabilnego, niepodlegającego zmianom znaczenia. Pytanie o „wierność” przekładu zeszło na dalszy plan. W centrum zainteresowania znalazł się tekst docelowy i proces przekładu oraz – wraz z rozwojem badań – tłumacz.
Gideon Toury, twórca opisowego modelu badań, sformułował podstawy nowego podejścia następująco:

Z punktu widzenia semiotyki będzie jasne, że to kultura docelowa lub kultura przyjmująca, lub jej część, inicjuje decyzję co do podjęcia tłumaczenia danego tekstu oraz wpływa na proces tłumaczenia. Tłumaczenie jako takie ma z definicji charakter teleologiczny i w dużym stopniu zależy od tego, jakim celom ma służyć; cele te są warunkowane przez system lub systemy przyjmujące. W konsekwencji tłumacz zawsze działa przede wszystkim w interesie kultury docelowej, nie zaś w interesie tekstu źródłowego czy kultury źródłowej .

Itamar Even-Zohar, twórca teorii polisystemów, pytał o to, w jakich warunkach historyczno-kulturowych rodzi się potrzeba przekładu, czyli poszukiwania nowych wzorców literackich i kulturowych. Zastanawiał się, kiedy dzieła obcojęzyczne stają się innowacyjną siłą, która zmienia i przekształca system literatury przyjmującej, dostarczając nowych wzorców i modeli, zarówno literackich, jak i kulturowych. Przekład może wywierać wpływ na obowiązujący system, wprowadzając do niego innowacyjne elementy, zmieniać go i rozwijać. Może też mieć charakter konserwatywny, przyczyniać się do utrwalenia obowiązujących konwencji i norm. Warto byłoby z takiej perspektywy popatrzeć na historię literatury polskiej. Przecież sięgaliśmy niezwykle często po nowe wzorce, ukształtowane wcześniej na Zachodzie. A może taki obraz rodzimej literatury, zależnej i często rozwijającej się w opóźnieniu w stosunku do literatury Europy Zachodniej, ukształtowały w nas lekcje języka polskiego? Badanie literatury polskiej z uwzględnieniem roli, jaką w jej rozwoju odegrały przekłady, jest bardzo potrzebne.

Równie ważne i intrygujące jest badanie losów i kształtu tłumaczeń polskich dzieł na języki obce. Które teksty doczekały się przekładów? Dlaczego właśnie te? Czy miały wpływ na literaturę i kulturę systemów, w których zagościły? Być może refleksja nad rodzimą literaturą z takiej perspektywy umożliwi świeże spojrzenie na naszą tradycję literacką? Pozwoli nam na przykład przemyśleć i przewartościować przekonanie o nieprzekładalności wielu rodzimych tekstów, wynikającej z głębokiego zakorzenienia w polskich realiach. Zwłaszcza, że wartości, które z reguły uważane są za zbyt mocno związane z naszą historią i lokalnymi problemami, podlegały transferowi kulturowemu – choćby w dalekich Chinach. Gdy w 1909 r. Lu Xun i Zhou Zuoren wydali antologię przekładów tekstów europejskich powstałych w Rosji i Europie Środkowej, umieścili w niej m.in. nowelę Henryka Sienkiewicza. Lawrence Venuti, badacz i tłumacz, niezwiązany bezpośrednio z Translation Studies, ale korzystający z ich dorobku, tłumaczy następująco wybór odległych kulturowo tekstów:

Ponieważ [autorzy tłumaczeń – E. G.] postrzegali przekład jako sposób na zmianę podległej pozycji Chin w relacjach geopolitycznych, odwołali się do literatur państw, które zajmowały podobną pozycję, ale które odrzuciły marginalny status i zyskały międzynarodowe uznanie.

Daniel Gerould, autor przekładów dzieł Witkiewicza na język angielski, uważa, że Szewcy to dramat zrozumiały dla każdego, nie tylko polskiego czytelnika: „I w Szewcach i w pismach lat trzydziestych chodzi o problemy międzynarodowe. I nie jest konieczne, aby wiedzieć dużo o polskich realiach i uwarunkowaniach kulturowych”.
Badacze z kręgu Translation Studies postulują, by przekład traktować jak dzieło swoiste, odrębne, w którym proponowane przez tłumacza rozwiązania językowe dyktowane są w równym stopniu wymaganiami oryginału i warunkami, które stawia system kultury przyjmującej. Jedną z konsekwencji takiego spojrzenia jest poszerzenie obszaru badań oraz przedefiniowanie celów krytyki przekładu.
André Lefevere w eseju Ogórki matki Courage. Tekst, system i refrakcja w teorii literatury (1982) poddaje krytycznej analizie przekłady dramatu Bertolda Brechta. Zaczyna od wskazania błędów, pomyłek i gaf translatorskich, co jest typowe dla tradycyjnego podejścia krytycznego, ale szybko się od niego dystansuje:

Nie mam jednak zamiaru pisać tradycyjnego referatu przekładoznawczego typu „Brecht w angielszczyźnie”, w którym do szczętu wyzyskałbym tę metodę. Taka strategia prowadzi nieuchronnie do dwóch stereotypowych konkluzji: albo autor uznaje, że śmiech nie może bez końca maskować łez, wzdraga się ze zgrozą na widok tak licznych wypaczeń, potępia w czambuł wszelkie tłumaczenia oraz tłumaczy i zaleca czytanie literatury jedynie w językach oryginalnych (jak gdyby to było możliwe); albo też klepie sam siebie z uznaniem po plecach – wszak dostrzegł wszystkie te błędy! – następnie wyraża żal, że nawet dobrym tłumaczom zdarzają się takie pomyłki, by na koniec stwierdzić, że „powinniśmy” kształcić „lepszych” tłumaczy, jeśli chcemy mieć „lepsze” tłumaczenia. I koniec. Lub też początek, ponieważ przekłady można wykorzystać także inaczej, nieco bardziej konstruktywnie.

Lefevere podkreśla, że przekłady powstają w konkretnym momencie historycznym, a ich autorzy podlegają presji trojakiego rodzaju. Po pierwsze, jest nim patronat, który może mieć charakter ideologiczny, ekonomiczny i związany ze statusem autora wkraczającego do nowego systemu. Drugim elementem jest obowiązująca poetyka, trzecim język jako system odzwierciedlający daną kulturę. Tekst oryginalny, przechodząc z jednego kulturowego środowiska do drugiego, podlega refrakcji – adaptowaniu dzieła literackiego na potrzeby obcej publiczności – dokonywanej z zamysłem wywarcia wpływu na sposób, w jaki będzie czytany. Lefevere zwraca uwagę, że refrakcje istnieją w literaturze od zawsze, nie były jednak dotąd przedmiotem badań.

Przykładem, jak obowiązujące w danym okresie konwencje literackie, poetyka, wymagania sceny i publiczności mogą wpłynąć na kształt przekładu, jest historia tłumaczeń Króla Leara Williama Szekspira na język polski. Poddała je analizie Anna Cetera w publikacji Enter Lear. The Translator’s Part in Performance, pokazując, jakim zmianom (refrakcjom) na poziomie strukury, języka i interpretacji podlegały. W przekładzie Jana Nepomucena Kamińskiego (1828), dla którego źródłem był niemiecki przekład Friedricha Ludwiga Schrödera König Lear – to dramat władcy doprowadzonego do szaleństwa niewdzięcznością córek. Analiza przekładu wykazuje, zdaniem Cetery, silny wpływ konwencji neoklasycystycznej i oświeceniownego sentymentalizmu. W okresie romantyzmu, na bazie angielskiego oryginału, powstaje przekład Józefa Edmunda Paszkowskiego (1860). Tu dzieło interpretowane jest głównie jako konflikt etyczny. Refrakcje są widoczne na poziomie psychologicznej konstrukcji postaci, czego wyrazem jest uproszczony podział na bohaterów jednoznacznie dobrych i złych – dotyczy to patriarchalnego wizerunku Leara, Kordelii ukształtowanej jako uosobienie niewinności czy Goneril i Regan przedstawionych jako ucieleśnienie zła. Wiernie spisane dzieje żywota i śmierci Króla Leara i jego trzech córek – uznawany za kanoniczny przekład Macieja Słomczyńskiego (1979) dąży do wydobycia pełnej złożoności problemowej dzieła i stanowi przykład translacji zwróconej ku jego literackości. Z kolei tłumaczenie Stanisława Barańczaka (1991) zorientowane jest na wydobycie walorów teatralnych. Każdy z tych przekładów jest inny. Chciałoby się rzec za anglistą i tłumaczem Jerzym Jarniewiczem, że: „w porównaniu z rodzimymi czytelnikami i widzami dramaturga w Anglii, jesteśmy w o wiele lepszej sytuacji – oni mają tylko jednego Szekspira, my zaś mamy ich tak wielu”.
Widz teatralny tu oczywiście zaprotestuje – Anglicy też mają wielu Szekspirów – każda inscenizacja może być przecież nowym odczytaniem dzieła. Każdy reżyser i jego zespół może dać swej publiczności nowego Szekspira, inscenizacja to przecież akt intersemiotycznego przekładu. Czy jednak zadanie tłumacza dramatu nie jest trudniejsze? Reżyser ma do dyspozycji światło, dźwięk, scenografię, proksemikę i aktora, który buduje postać. Tłumacz operuje jedynie słowami; tak musi je dobierać i kształtować, aby zawierały w sobie potencjał przyszłych scenicznych realizacji.

Tradycyjny model krytyki, która koncentrowała się na ocenie stopnia osiągniętej ekwiwalencji językowej, zostaje przez badaczy kręgu Translation Studies odrzucony na rzecz opisowej analizy przekładów. Kluczowe pojęcia tego podejścia to: akceptowalność przekładu, czyli zgodność z normami kultury przyjmującej oraz adekwatność – zachowanie relacji tekstowych oryginalnego dzieła. Czy w konsekwencji krytycy przekładu dali tłumaczowi prawo dowolnej ingerencji w dzieło i zwolnili go z dążenia do „wierności” przekładu?
Na gruncie Translation Studies podano w wątliwość założenia uznawane za fundamentalne – przekonanie o istnieniu jednoznacznych rozstrzygnięć interpretacyjnych i „absolutnej pozycji oryginału jako źródła znaczeń, które należy wyłuskać z oryginału, a potem przenieść w język i tekst przekładu”. Magda Heydel w artykule Zwrot kulturowy w badaniach nad przekładem tak streszcza stanowisko Teo Hermansa, jednego z głównych przedstawicieli przekładoznawstwa kulturowego:

[…] kiedy znika różnica, znika tłumaczenie; innymi słowy absolutna ekwiwalencja jest śmiercią translacji, choć przekład nie jest w stanie popełnić samobójstwa, bo różnica istnieje w nim zawsze, chyba że o jej niwelacji decyduje jakaś wyższa instancja. Przekład jest więc w takim ujęciu celebracją różnic, a wzajemna niewspółmierność sfer wyjściowej i docelowej, w wielu wymiarach […] stanowi zasadnicze pole refleksji przekładoznawczej.

Antoine Berman w eseju Przekład jako doświadczenie obcego (1985) zwraca uwagę na etyczny wymiar pracy tłumacza, obowiązujący go szacunek dla głosu oryginału jako Innego i jego fundamentalnej obcości. To właśnie opinie na temat roli, pozycji i specyfiki pracy tłumacza podlegały na gruncie Translation Studies znaczącej ewolucji.
Stanowisko Even-Zohara, według którego to system literatury przyjmującej warunkuje potrzebę przekładu i decyduje o jego kształcie, zostało poddane krytyce. Zarzucono mu, że myślenie systemowe usunęło tłumacza z obszaru badań. A przecież to on właśnie jest w samym centrum procesu przekładu, to jego decyzje na poziomie kształtu językowego tłumaczonego utworu i, w wielu przypadkach, jego starania przekraczające pracę nad tekstem, zmierzające do zainteresowania ludzi kultury nowym dziełem – nie zaś bezosobowy, czy wręcz „odhumanizowany system”, jak zauważa Anthony Pym – są nie mniej ważne niż systemowe żądania i ograniczenia. A może o wiele ważniejsze? Może to jednak działania niepoprawnych humanistów – tłumaczy, wydawców i innych ludzi kultury – zaangażowanych w proces wprowadzania nowego dzieła do systemu przyjmującego, są jednym z głównych motorów rozwoju kultur? Pym zwraca uwagę, że:

tłumacz to współtwórca dialogu kulturowego, a ta pozycja zobowiązuje go do dbałości o wzajemne zaufanie i zrozumienie stron, bowiem skutki jego pracy wychodzą daleko poza poziom umożliwiania czy ułatwiania komunikacji językowej. Tłumacz jest mediatorem, który nie może być całkowicie bezstronny, zawsze wszak daje w tworzonym dyskursie wyraz włas­nej podmiotowości i subiektywności, stając się agensem w przestrzeni społecznej, współtworząc jej ideologiczny, polityczny i kulturowy kształt.

Z kolei Venuti zwraca uwagę na fakt, że chociaż tłumacz znajduje się na froncie procesów kulturotwórczych, jest tak naprawdę „niewidzialny”. Paradoksalnie to po części efekt dążenia do stworzenia przekładu, który nie nastręcza trudności w odbiorze, ponieważ nie narusza czytelniczych przyzwyczajeń odbiorcy i nie zawiera elementów nieobecnych w przyjmującym systemie językowym. Stwarza to iluzję obcowania z oryginałem, dostępu nie tylko do wszystkich walorów dzieła, ale także stylu oraz intencji autora, podczas gdy czytelnik ma w ręku przekład, czyli nowy tekst.
Venuti twierdzi, że w krytyce anglosaskiej najwyżej ceni się płynność przekładu, a dążenie do jasności prowadzi do usuwania w przekładzie wszelkiej „dziwności”. Ten transparentny dyskurs, wysoki status autora i przeświadczenie o obowiązku uszanowania jego oryginalności prowadzi do podporządkowania się autorowi i kontroli, by osobowość tłumacza nie doszła do głosu w procesie przekładu. W rezultacie obserwujemy swoiste samounicestwienie tłumacza, a w konsekwencji marginalizację jego pozycji w kulturze.

Hegemonia anglosaskiego systemu kulturowego wymusza na tłumaczach wybór strategii, którą nazywa przyswojeniem tekstu (domestication), co oznacza sięganie głównie po teksty łatwe, poddające się tejże strategii oraz wiele zabiegów, które skutkują usunięciem istotnych walorów dzieła. Venuti jest natomiast gorącym zwolennikiem strategii „wysyłania czytelnika za granicę” – wyobcowania (foreignization), polegającej na celowym podważaniu jego czytelniczych nawyków, konfrontowaniu odbiorcy z innością i dążeniu, by ocalić w przekładzie to, co z perspektywy hegemonicznego systemu wydaje się marginalne, dziwaczne, niezrozumiałe. Wydaje się, że decyzja Geroulda o wyborze dramatów Witkiewicza jest opowiedzeniem się za tą właśnie strategią. Być może została podyktowana chęcią rzucenia wyzwania dominacji systemu anglosaskiego; a na pewno przekonaniem, że warto amerykańskiego widza teatralnego i czytelnika „wysłać za granicę”, na stary kontynent, do Polski. Czego może się on dowiedzieć, nauczyć? Co może podczas takiej wyprawy przeżyć?
Spojrzenie na przekład z polskiej perspektywy rodzi pytania o to, jakie problemy zawarte w sztukach i powieściach Witkiewicza zostały przyswojone na obcym gruncie? Czy trzymając w ręku Szewców i ich angielski przekład The Shoemakers, mamy rzeczywiście, jak moglibyśmy pomyśleć po wstępnym zapoznaniu się z myślą Lefevere’a lub Hermansa, do czynienia z dwoma różnymi dziełami? Czy rzeczywiście możliwe jest ich czytanie polegające na afirmacji, a może wręcz celebrowaniu różnic? Czy jednak będzie nam towarzyszyć poczucie straty i nawracająca refleksja o nieprzekładalności? Być może bez pretensji do tłumacza, bo przecież już wiemy, że to system literatury przyjmującej; patronat, poetyka i język wywierały na niego tak silną presję, że musiał godzić się na kompromisy, czy wręcz kapitulować przed ich żądaniami. Bez wątpienia straty będą. Ale czy w tym rozrachunku możliwe są też zyski? Na pewno zaliczyć można do nich pojawienie się polskiego autora i jego dzieła w nowym systemie literackim, co daje mu szansę na przyjęcie do światowego kanonu. Z reguły oznacza to większy prestiż we własnym kraju. Nie chcemy się jednak zagłębiać w tym miejscu w zagadnienia recepcji, ale zastanowić, czy tekst źródłowy może zyskać coś dzięki powstaniu przekładu? Czy to możliwe, by przekład pokazał nam, czytelnikom rodzimym, coś, czego nie zauważyliśmy? Czy może podważyć nasz rodzimy sposób czytania i rozumienia, odsłonić nowe sensy, zaprosić do ponownej interpretacji?

Poszukując odpowiedzi na te pytania, oddajmy głos hermeneutom przekładu. Interpretacja polega przecież na przekładzie obcego sensu na sens zrozumiały. Heydel objaśnia:

Już sama etymologia prowadzi nas do sedna teorii hermeneutycznej. Za podstawowe znaczenie słowa hermeneuein uznaje się bowiem „wyrażanie”, „wykładanie”, polegające na interpretacji, objaśnianiu, oraz „przekładanie”. Wybitny znawca przedmiotu, Jean Grondin, zauważa w tym kontekście, że dwie ostatnie funkcje ściśle się ze soba łączą, odnosząc się do czynności tłumaczenia, którego celem jest „wyjaśnienie lub uczynienie zrozumiałym tego, co zawiera obcy sens”. Począwszy od starożytności, hermeneuta odgrywał zatem rolę tłumacza tego, co pomyślane, niekiedy przyjmując także rolę pośrednika między mówiącym bóstwem a słuchającym człowiekiem. Pośrednictwo to odgrywało szczególnie ważną rolę w tych momentach historii ludzkości, kiedy pojawiało się pytanie o sens tradycji, wiążącej się zwykle z przekazem religijnym. Stąd kluczowe znaczenie interpretatorów (tłumaczy) greckich mitów (alegoreza stoików) oraz starego i Nowego Testamentu (egzegeza Ojców Kościoła i teologów reformacji).

Dla współczesnych hermeneutów przekładu ważnym punktem odniesienia jest projekt zawarty w pismach Friedricha Schleiermachera, niemieckiego teologa i tłumacza Platona. Przywołana wcześniej strategia „tłumaczenia wyobcowującego” Venutiego opiera się na koncepcjach niemieckiego filozofa. Równie aktualna dla przekładoznawstwa okazała się jego koncepcja niezrozumiałości – Schleiermacher uważał, że niezrozumiałość i nieporozumienie są faktami podstawowymi, rzucającymi wyzwanie ludzkiemu rozumieniu. Jak zauważa Heydel: „tu tkwią korzenie charakterystycznej dla hermeneutów przekładu pochwały translatorycznej względności, preliminarności i perspektywiczności”. Uprzedzając obawy zaniepokojonego czytelnika, dodajmy: dalekiej jednak od dowolności, forsowania własnego, indywidualnego czytania. Jeden z najważniejszych filozofów niemiekich XX stulecia, Hans-Georg Gadamer ujmuje to następująco:

Prawdą świadomości hermeneutycznej jest mianowicie prawda przekładu. Wyższość tej prawdy polega na tym, że daje ona możliwość przyswojenia czegoś obcego; prawdziwy przekład nie dokonuje bowiem tylko krytycznej destrukcji ani nie od­twarza czegoś bezkrytycznie, lecz interpretuje, posługując się własnymi pojęciami w swym własnym horyzoncie, wykazując na nowo znaczenie tego, co tłumaczy. Dzięki przekładowi, który konfrontuje prawdę czegoś obcego z własną prawdą, to, co obce, i to, co swojskie, zbiega się w nową postać. Taka forma hermeneutycznej praktyki refleksyjnej znosi w pewnym sensie to, co dane w językowej postaci, wyjmując je z jego własnej językowej struktury świata. Jednakże to ono samo, to co dane – a nie tylko nasz pogląd o nim – zostaje włączone w nową, językową wykładnię świata. W tym procesie ciągłego, choć skończonego ruchu myśli, w procesie, w którym jest miejsce także dla czegoś obcego, innego, wychodzi na jaw potęga rozumu.

W eseju Lektura jest przekładem (1993) Gadamer zauważa:

Czytanie tekstów przełożonych jest na ogół trudne. Brak oddechu mówcy, brak wolumenu języka. A zarazem dla znawcy oryginału przekłady bywają czesto autentycznie pomocne w zrozumieniu. Przekłady greckich albo łacińskich pisarzy na francuski albo niemieckich na angielski odznaczają się często zadziwiającą i rozjaśniającą jednoznacznością. Przecież to czysty zysk, nieprawdaż?

Pozwólmy, aby w tej kwestii wypowiedział się też tłumacz Witkacego:

Przekład jest zawsze aktem interpretacji. Tłumacz musi ciągle wybierać pomiędzy różnymi możliwymi przekładami, które z kolei stanowią o różnych odczytaniach tekstu. Musi on opowiedzieć się za jednym z możliwych znaczeń – rzadko może utrzymać wieloznaczność i różnorakie możliwości tkwiące w oryginale. Każdy tłumacz tworzy swoje własne, mniejsze i bardziej ograniczone dzieło, wykrojone z mnóstwa możliwości ukrytych w powieści, wierszu lub dramacie, które były punktem wyjścia jego pracy. Z jednego i tego samego oryginału mogą powstać dwa przekłady lub więcej – mogą być one równie znakomite, choć zupełnie różne. Każde z nich odsłaniać może inny aspekt oryginału, uprzednio nie tak wychwytywalny, bo niepodany w tak wyizolowanej formie.

Gadamer usytuował ten zysk w obszarze walorów poznawczych lub uchwycenia intencji tekstu. Gerould wskazał na możliwość przesunięć semantycznych, dopuszczenia do głosu i mocniejszego niż w oryginale wyartykułowania zauważonych przez tłumacza problemów, przywołania innych, niż te utrwalone w rodzimej tradycji kontekstów. Warto tu zauważyć, iż praca tłumacza tekstów Witkacego była równolegle pracą egzegety, efektem której stała się monografia Witkacy. Stanisław Ignacy Witkiewicz as an Imaginative Writer, przełożona na polski jako Stanisław Ignacy Witkiewicz jako pisarz.
Kwestią o wiele bardziej skomplikowaną jest zagadnienie stylu, „to coś więcej niż tylko zbędna, czy podejrzana dekoracja”. Tłumacze literatury, a w szczególności poezji oraz dramatu, który musi spełniać wymogi sceny i publiczności, wciąż dotykają zagadnienia nieprzekładalności; „stopnie nieprzekładalności piętrzą się groźnie, niczym wielowarstwowe góry”. A jednak przekłady powstają.

Toteż powinniśmy podziwiać wszystkich tłumaczy, którzy nie ukrywają przed nami dystansu, jaki przekład dzieli od oryginału, a zarazem przerzucają nad nimi most. Są interpretatorami. To znaczy – wtrącają coś od siebie, tak jak my, egzegeci. Ale są jeszcze czymś więcej. Nasza największa ambicja, ambicja egzegetów, sprowadza się do tego, by podana przez nas wykładnia wniknęła w lekturę tekstu oryginału i zanikła w nim. Natomiast tekst tłumacza współtworzy szlak wszelkiej naszej lektury i rozumienia. Ma własną substancję złożoną z sensu i brzmienia. Jest jak most, na który można wejść z obu stron, między dwoma brzegami w jednym kraju. Tą drogą odbywa się nieustanny przepływ komunikacji. Oto, czym jest przekład. My, interpretatorzy, pozostajemy samotnymi spacerowiczami, którzy od czasu do czasu spotykają się z jakimś czytelnikiem.

Badacze z kręgu Translation Studies proponują spojrzenie na przekład z bardzo szerokiej perspektywy, zachęcają do tego, aby widzieć pracę tłumacza na wielu poziomach i w szerokich kulturowych kontekstach. Gadamer, który reprezentuje tu myśl hermeneutyczną, wręcz składa tłumaczom hołd.

Takim docenieniem trudu autorów przekładów Witkiewicza i ich niezwykłego wkładu w rozwój witkacologii było Międzynarodowe Sympozjum Tłumaczy w Zakopanem w 2015 r. Okazją do tego spotkania były obchody roku jubileuszowego, upamiętniające 130. rocznicę urodzin Witkacego i 100. rocznicę śmierci Stanisława Witkiewicza. Wśród zaproszonych gości znaleźli się: Andrej Bazilewski z Moskwy, Dalibor Blažina z Zagrzebia, Darja Dominkuš z Ljubljany, Karol Lesman z Amsterdamu, Ewa Makarczyk-Schuster i Karlheinz Schuster z Moguncji, Josep Maria de Sagarra Àngel – dyrektor Instytutu Cervantesa w Warszawie, Joanna Szypowska oraz Jarosław Bielski z Madrytu, Giovanna Tomassucci z Florencji, Ladislav Volko z Bratysławy, Biserka Rajčić z Belgradu, Kalina Bachneva z Sofii, Lidia Ligęza z Krakowa.
Każda opowieść, wspomnienie czy anegdota na temat losów Witkacego w Niemczech, Rosji, Hiszpanii, Słowacji, to niezwykła historia ludzi na tyle „szalonych”, aby podporządkować i poświęcić wiele lat życia „wariatowi z Krupówek”. To opowieść o wiel­kiej fascynacji Witkiewiczem i naszą kulturą, o determinacji w dążeniu do podzielenia się jego geniuszem z rodakami, poszukiwania sposobów na to, aby przyjęła go teatralna publiczność. Innymi słowy, to historia kulturowej mediacji, która zawsze była szansą na wzbogacenie obu stron dialogu. To również wyrażone indywidualnym głosem, świadectwo wielkich przemian polityczno-kulturowych w Europie, w której uczestniczyli tłumacze, wydawcy, badacze, ludzie teatru. Sympozjum było, by posłużyć się tu terminologią Venutiego, dążeniem do uczynienia tłumaczy „widzialnymi”.
W naszym piśmie chcemy zaprezentować ich sylwetki, przybliżyć ich translatorski dorobek, popatrzeć na tworzone przez nich przekłady jak na swoisty „portret wielokrotny” dzieł Witkiewicza. Postaramy się, idąc za sugestią Lefevere’a, „wykorzystać je bardziej konstruktywnie”, choćby zwracając uwagę na udane rozwiązania translatorskie, zamiast wytykać im niedociągnięcia i braki. Historia kulturowej mediacji – bo w takich kategoriach chcemy widzieć ich trud – być może pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie, czy patetycznie brzmiąca opinia Geroulda, będąca mottem tego artykułu, jest głównie chwytem retorycznym, czy też zawiera o wiele więcej prawdy, niż na pierwszy rzut oka mogliśmy się spodziewać.

ciąg dalszy cyklu kolejnych numerach ▪ ▪ ▪

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *