Janusz Degler

W sierpniu 1918 r. Witkacy po 4 latach powraca do Zakopanego z bagażem trudnych doświadczeń zdobytych w czasie podróży do tropików i podczas służby w armii carskiej. Przywozi rozpoczęte w Rosji rękopisy dwóch prac: Nowe formy w malarstwie i wynikające stąd nieporozumienia oraz Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie Istnienia, a także dziennik, który „zachował się do Powstania”. Od razu rozpoczyna intensywną twórczość literacką, malarską i teoretyczną. Pisze tragedię w pięciu aktach z prologiem Maciej Korbowa i Bellatrix, poprawia z myślą o wydaniu rękopis młodzieńczej powieści 622 upadki Bunga, czyli Demoniczna kobieta, opracowuje drugą wersję Pojęć i twierdzeń, kończy Nowe formy w malarstwie, które w październiku 1919 r. ukażą się drukiem. Zostaje przyjęty do grupy formistów i razem z Augustem Zamoyskim i Tymonem Niesiołowskim bierze udział w wystawie w Pałacu Sztuki w Krakowie, otwartej 22 stycznia 1919 r.
Od razu próbuje nawiązać współpracę z czasopismami sprzyjającymi nowym kierunkom w sztuce. Wybór jest niewielki. W Poznaniu od roku wychodzi „Zdrój” – organ ekspresjonistów, redagowany przez Jerzego Hulewicza, w Krakowie – dwutygodnik „Maski”, z którym współpracują m.in. Leon Chwistek, Tytus Czyżewski i bracia Pronaszkowie (w czerwcu 1919 r. ukaże się ostatni numer), w Warszawie – „Pro Arte” – „pismo młodzieży literackiej”, którego redaktorem naczelnym jest Jan Lechoń. Do niego Witkacy wysyła 5 szkiców o malarstwie, uzupełniających problematykę Nowych form w malarstwie. Nie otrzymuje odpowiedzi. Pisze zatem jeszcze dwukrotnie, a gdy Lechoń nadal milczy, w trzecim liście przekazanym mu przez Leona Reynela stwierdza:

a) Albo Pan nie odpisuje, bo nie chce, co jest złem.
b) Albo adres był fałszywy (Przyrynek 4).
I. Obiecał mi Pan przysłać „Pro Arte”. (Nic z tego).
II. Miał Pan do mnie napisać o zdaniu swoich kolegów – nic.
Dlaczego w tak okrutnie nonszalancki sposób traktuje Pan starca stojącego nad grobem? Zresztą żartuję i nie mam pretensji, bo Warszawa jest potwornym miastem.

Prawdopodobnie powodem braku odpowiedzi była powzięta wówczas decyzja redakcji o przekształceniu pisma w miesięcznik „Skamander”. W jego komitecie redakcyjnym znalazł się Emil Breiter, którego Witkacy poznał podczas studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i wysyła mu, oprócz owych szkiców o malarstwie, dwie rozprawy o Czystej Formie w teatrze, deklarując gotowość stałej współpracy:

Chciałbym wiedzieć, czy rzeczy te będą drukowane, czy nie. Od Lechonia wydrzeć list jest nie sposób. Jeśli nie, postaraj się je gdzieś umieścić. Jeśli tak, nie śpieszy się tak strasznie i chciałbym bardzo należeć wyłącznie do „Skafandra” [!] i w mojej samotności, która na starość zaczyna być trochę męcząca, mieć swój kąt i swoją kompanię.
W styczniu 1920 r. wychodzi pierwszy zeszyt „Skamandra”, zawierający początkowy fragment Wstępu do teorii Czystej Formy w teatrze (dwa następne ukażą się w numerach z lutego i marca). Witkacy oburzony poprawkami, które zapewne poczynił red. Mieczysław Grydzewski, pisze do Breitera:

Muszę przyznać, że „Skamander” jak dotąd nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Nie z powodów osobistych. Ale „warszawska bezałabiernost’ ”! Błędu w N 1 nie poprawiono mi, a drugiego nie przysłano do korekty. Stąd zecerskich błędów nie ma, tylko ohydne byki sensowe. Oburzające. O ile zaraz nie będą moje rzeczy drukowane, II część zaraz po pierwszej, a prace o malarstwie jednocześnie drobnym drukiem, to proszę Cię (mając wiele okazji) zaraz wyślij je przez kogoś pewnego (odpisów nie mam) do Hulewicza do „Zdroju” […]. „Zdrój” czyha na teorye i z pewnością (jak mi to Hulewicz pisał) bez żadnych ceregieli mi umieści.

„Skamander” dopiero w kwietniu 1921 r. rozpocznie druk drugiej części rozprawy o teatrze, ale szkiców o malarstwie nie wydrukuje. Nie opublikuje ich także Jerzy Hulewicz, który jednak ułatwi Witkacemu debiut dramatopisarski, ogłaszając Pragmatystów w sierpniowym numerze „Zdroju” (1920, nr 3). Prapremiera tej sztuki odbyła się 29 grudnia 1921 r. w teatrze Elsynor, założonym przez skamandrytów, którym Arnold Szyfman udostępnił salę Teatru Małego. Recenzenci ostro zaatakowali autora, nie szczędząc słów krytyki i oburzenia. Byli wśród nich Breiter i Władysław Zawistowski, jeden ze współzałożycieli Elsynoru. Witkacy uznał to za wyjątkowy dowód nielojalności, czemu dał wyraz w artykule polemicznym, którego jednak redakcja nie zamieściła. Przepełniło to czarę goryczy i Witkacy rozstał się ze skamandrytami.
Nie udała się współpraca z pismem literacko-artystycznym „Czartak”, założonym przez Emila Zegadłowicza w Wadowicach. Po opublikowaniu w lutym 1922 r. artykułu Parę zarzutów przeciw futuryzmowi w pierwszym numerze, Witkacy oznajmił Zegadłowiczowi: „Wskutek różnicy zdań w sprawie polemiki z p. Kozikowskim muszę przestać być współpracownikiem «Czartaka», zachowując dla wszystkich Panów najlepsze uczucia”.
Nawet gdyby do tego rozstania nie doszło, to jednak na opublikowanie następnego tekstu musiałby Witkacy czekać ponad trzy lata, ponieważ drugi numer ukazał się dopiero w roku 1925. Nie doszło do współpracy z miesięcznikiem artystycznym „Nowa Sztuka”, który zamierzał skupić przedstawicieli wszystkich kierunków awangardy. Po wydaniu w latach 1921–1922 zaledwie dwóch numerów pismo upadło. W tym samym roku zakończył pięcioletni żywot „Zdrój”.
We wrześniu 1919 r. w krakowskim Pałacu Sztuki odbyła się IV Wystawa Formistów. Wydany z tej okazji katalog stał się zalążkiem miesięcznika „Formiści”, którego pierwszy numer ukazał się po jej zamknięciu w październiku w podobnym do katalogu formacie. Redagowali go Czyżewski i Chwistek. W czwartym numerze Witkacy opublikował artykuł Z powodu krytyki IV Wystawy Formistów, w którym rozprawił się z napastliwymi recenzjami wystawy otwartej 23 stycznia 1921 r., a w majowym numerze z tegoż roku zadebiutował jako poeta satyrycznym wierszykiem Artysta i znawca, wyszydzającym stosunek krytyki do nowej sztuki. Następny numer, wydany w czerwcu, był ostatni. W marcu 1922 r. zakończy działalność grupa formistów. Szansą dla twórców awangardy staje się „Zwrotnica” założona przez Tadeusza Peipera, który opublikuje dwie sztuki Witkacego: Nowe Wyzwolenie (1922, z. 3; 1923, z. 4) i Mątwa, czyli Hyrkaniczny światopogląd (1923, z. 5). Niestety, w październiku 1923 r. Peiper zawiesi wydawanie pisma.
Prawdopodobnie był to jeden z powodów ogłoszenia przez Witkacego w styczniu 1924 r. następującego anonsu w „Kurierze Porannym”:

Poszukuję człowieka…
Poszukuję człowieka (względnie konsorcjum) z grubymi pieniędzmi, który(e) by chciał(o) założyć pismo artystyczno-krytyczne pod moją redakcją, w związku z ludźmi, których ja bym wybrał. Kierunek wyznaczony byłby przez rzeczową polemikę wszystkich ze wszystkimi. Na razie za wskaźnik kierunku mogłyby służyć moje prace teoretyczne: Nowe formy w malarstwie, Szkice estetyczne, Teatr. Do administracji nie wtrącałbym się zupełnie i ograniczyłbym się tylko do dostarczania materiału, w czym musiałbym mieć zupełną swobodę. Ja i inni współpracownicy byliby płatni od wiersza. Miejsce wydawania obojętne. Proszę inne pisma o przedrukowanie tej odezwy.
Stanisław Ignacy Witkiewicz

Apel pozostał bez echa. W maju 1924 r. Witkacy z zadowoleniem przyjął propozycję współpracy z utworzonym przez Jana Nepomucena Millera „Przeglądem Teatralnym i Muzycznym”, który w rubryce „Krytyka krytyki” zamierzał publikować „analizy recenzji i krytyki wszelkiego rodzaju” pod kątem ich poziomu i trafności ocen. Witkacy od premiery Tumora Mózgowicza czynił to konsekwentnie z recenzjami swoich sztuk, wdając się w ostre polemiki z krytykami, uważał bowiem, że autor ma obowiązek im odpowiadać. Większość tych polemik pomieścił w książce Teatr (Kraków 1923) jako dokumenty walki o Czystą Formę. Rubryka „Krytyka krytyki” odpowiadała zatem jego oczekiwaniom. W pierwszym artykule O rzeczowość krytyki, opatrzonym podtytułem Credo Stanisława Ignacego Witkiewicza, dowodził, że od krytyki powinno się wymagać przede wszystkim tego, aby była „naprawdę artystyczna, tzn. dotyczyła formalnej strony dzieła sztuki”. Drugi artykuł poświęcił polemice z recenzją Zofii Guzowskiej, która pisała o prapremierze Wariata i zakonnicy w toruńskim Teatrze Miejskim. I na tym skończyła się współpraca, ponieważ po niespełna miesiącu pismo przestało wychodzić.
Wkrótce potem Witkacy powrócił do pomysłu wydawania pisma krytyczno-literackiego. Okazją było utworzenie z jego inicjatywy sekcji literackiej przy Towarzystwie „Sztuka Podhalańska” w Zakopanem, pod której auspicjami miała funkcjonować redakcja pisma.
W swoich staraniach zyskał poparcie Jerzego Mieczysława Rytarda, Wilama Horzycy i przebywającego wtedy w Zakopanem Jana Brzękowskiego. Początkowo projekt przewidywał połączenie trzech czasopism: „Almanachu Nowej Sztuki”, „Reflektora” i wznowionej przez Peipera „Zwrotnicy”, co miało się przyczynić do konsolidacji rozproszonych sił awangardy. 12 czerwca 1925 r. Brzękowski i Witkacy wysłali do ich redaktorów jednobrzmiące pismo opatrzone uwagą „Do rozważenia”, w którym przekonywali, że wydawnictwo, skupiając „wszystkich artystów Nowej Sztuki obejmowałoby całokształt zagadnień z nią związanych” i mogłoby doprowadzić do „skoordynowania akcji poszczególnych grup” oraz pozwoliło usunąć „wzajemne niechęci i uprzedzenia”.
Pomysł jednak nie zyskał aprobaty. Stanowczo sprzeciwił się Peiper:

W sprawie pisma: Pismo, które by skupiało całą nową sztukę, zrobiłoby bardzo wiele. Gdyby powstało, nie tylko współpracowałbym z przyjemnością, ale wstrzymałbym wznowienie „Zwrotnicy”. Jednakże projekt federacji istniejących czasopism wydaje mi się niecelowym. Znajomość wieloboku nowej sztuki pozwala mi na wypowiedzenie wróżby, że pismo sfederowane nie rozwiąże trudności finansowych i administracyjnych, a tylko […] doprowadzi do niedopuszczalnego obniżenia poziomu. Dla tych powodów „Zwrotnica” nie może w nim brać udziału.

Swoich wątpliwości nie krył Wacław Gralewski, który zwracał uwagę, że powołanie ogólnopolskiego pisma wymagać będzie poważnych środków, stworzenia administracji i proponował „zorganizować zjazd lub kongres awangardy, na którym ogłoszono by manifest połączeniowy i proklamowano wydawanie własnego organu”. Propozycja przyszła nie w porę, bo Gralewski właśnie wtedy wpadł w tarapaty finansowe i zrezygnował z wydawania „Reflektora”.
Nie znamy odpowiedzi Stefana Konrada Gackiego, ale prawdopodobnie miał podobne wątpliwości, co Peiper i Gralewski, przy czym on także po opublikowaniu 4 numerów „Almanachu Nowej Sztuki” dalszych już nie wydał. Odmowa redaktorów nie zniechęciła jednak Witkacego i jego przyjaciół, którzy zdając sobie sprawę, że w pierwszej kolejności muszą pozyskać środki finansowe, postanowili o nie zadbać. Pierwszym krokiem do tego był bal „w stylu amerykańskim” w znanej cukierni i restauracji Franciszka Trzaski w Zakopanem, z którego dochód zamierzali przeznaczyć na ów cel. Jego główną atrakcją miał być występ znanej tancerki Rity Sacchetto, żony Augusta Zamoyskiego, która jednak nie przyjęła propozycji. Postanowiono zatem, że tą atrakcją będzie „napad bandytów na salę” dokonany przez Rytarda i kilku taterników.

W pewnym momencie zgasło światło i z otaczającej salę balustrady pierwszego piętra nasi zbójnicy przy blasku elektrycznych latarek spuścili się na linach. Ta amerykańsko-korsykańska atrakcja nie wywołała jednak przerażenia u publiczności, nie mogliśmy poszczycić się ani jedną ofiarą, żadna z obecnych pań nie zemdlała i wbrew zapowiedziom nie zaszła potrzeba wzywania policji. Obeszło się nawet bez interwencji lekarza. Bal przyciągnął zresztą stosunkowo niewiele osób i z trudem pokryliśmy wydatki.

Witkacy jednak nie rezygnuje i 22 stycznia 1926 r. pisze do Leona Reynela, wypróbowanego przyjaciela, pomagającego mu w różnych trudnych sytuacjach:

Poza tym jest rzecz taka, że obok sekcji teatr[alnej] utworzyła się przy Sztuce Podhalańskiej sekcja literacka (Brzękowski, Kotarbiński, Rytard i ja) i chcemy wydawać pismo krytyczno-literackie. Podniesienie poziomu i zmiana istoty krytyki w kierunku powolnym. Mała rzecz, ale może coś z tego będzie. Mamy 200 zł z „tanculki” i 50 zł od Krystalla. Każdy z nas coś da też (koło 50 zł). Może byś chciał należeć do pracy „kulturalnej” i dał coś na to. Może też naciągniesz Twoich znajomych. O ile tak, to prześlij flotę na ręce skarbnika sekcji Janusza Kotarbińskiego […], a dostaniesz pokwitowanie formalne.

Nie wiadomo, czy Reynel zdecydował się pomóc. Ani w listach Witkacego do niego, ani w korespondencji z żoną nie ma już o tym mowy. Być może powodem rezygnacji z dalszych starań była nie tylko odmowa Reynela, który jako człowiek interesu trzeźwo ocenił szansę realizacji pomysłu Witkacego, ale pojawienie się akurat wtedy nowego czasopisma „Comoedia”, poświęconego problemom sztuki. W pierwszym numerze ukazał się artykuł Witkiewicza O artystycznej i literackiej pseudokulturze, który jednak nie wywołał oczekiwanej przez autora polemiki.
W maju 1927 r. redakcja warszawskiej popołudniówki „Przegląd Wieczorny” zaproponowała Witkacemu pisanie cotygodniowych „felietonów artystyczno-teatralnych”. W numerze rozpoczynającym tę współpracę (nr 110) opublikowano na osobnej stronie artykuł Konrada Winklera St. Ign. Witkiewicz jako malarz i teoretyk sztuki, reprodukcje trzech obrazów (Bajka, Portret Ireny Solskiej, Autoportret) oraz komentarz redakcyjny, prawdopodobnie pióra Tadeusza Żeleńskiego:

Miło nam jest podzielić się z czytelnikami wiadomością, że rubrykę teatralną obejmuje z dniem dzisiejszym w „Przeglądzie Wieczornym” p. Stanisław Witkiewicz. Proponując mu stałe współpracownictwo, Redakcja kierowała się dwoma względami: dać możność stałego i swobodnego wypowiadania się jednej z najoryginalniejszych umysłowości w Polsce, a zarazem wnieść w naszą krytykę zaczyn dyskusji, polemiki, a choćby paradoksu i fanatyzmu, jakie cechują temperament p Witkiewicza. St. I. Witkiewicz działał dotąd na rozmaitych polach, zawsze rewolucyjnie w dobrym znaczeniu słowa. Fenomenalnie utalentowany i płodny malarz, jeden z nielicznych u nas teoretyków i filozofów sztuki, jest jedynym niemal poszukiwaczem nowych dróg teatru. […] Mieszkając okresowo jedynie w Warszawie, nie będzie mógł p. Witkiewicz śledzić stale bieżącego ruchu teatralnego, stąd felietony jego, które będą się pojawiać co sobotę, będą częściowo tylko krytykami teatralnymi, częściowo zaś teoretycznym rozważaniem teatralnych problemów; i w tej, i w tej formie wniosą z pewnością w tę dziedzinę nowe myśli, zwłaszcza zapał i siłę przekonań człowieka, który sztuce oddał całe życie.

Witkacy nie miał zamiaru pisać wyłącznie o teatrze. Trzy artykuły poświęcił sprawie tzw. niezrozumialstwa, nawiązując do wszczętej przez Karola Irzykowskiego dyskusji, która w 1924 r. toczyła się na łamach „Wiadomości Literackich”, w trzech felietonach uzasadniał, dlaczego krytyk powinien mieć wykształcenie filozoficzne, ponadto przedrukował z lwowskiej „Chwili” nieco zmieniony artykuł O artystycznej grze aktora i w numerze z 16 lipca opublikował Wstęp do rozważań nad „Wieżą Babel” Słonimskiego, uprzedzając czytelników: „Możliwe, że uda mi się załatwić z Wieżą Babel w trzech, czterech skróconych felietonach, ale może napiszę o niej piętnaście, o ile mnie nie wyleją za to z pisma, z którym mam przyjemność pracować”.
Redakcja wykorzystała tę sugestię i zakończyła współpracę, co Witkacy skomentował w liście do żony: „Posadę najwyraźniej straciłem. Nie wierzyłem nigdy w jej trwałość. Oni chcieli mieć «dofcibnisia» jakiegoś, a nie kogoś mojego kalibru”.
W lutym 1929 r. autor Matki znowu powrócił do pomysłu wydawania pisma. Wykorzystał pobyt w Zakopanem Reynela i Peipera i skłonił ich do „istotnej” rozmowy o tej sprawie. Tym razem Peiper gotów był do współpracy i po trzygodzinnej dyskusji podjęto decyzję przystąpienia do tworzenia czasopisma, o czym Witkacy z radością informował żonę: „Więc pismo będzie za miesiąc i Ty, Nikotris, będziesz tegoż sekretarką”. Nominacja okazała się przedwczesna, bo jednak z nieznanych powodów pismo nie powstało. Natomiast idee wspólnego czasopisma awangardy udało się zrealizować drugiemu autorowi listu, który w 1928 r. wyjechał na studia do Paryża i tu dzięki pomocy finansowej Wandy Chodasiewicz-Grabowskiej, uczennicy i przyjaciółki Ferdinanda Légera, wydał 1 kwietnia 1929 r. pierwszy numer czasopisma polsko-francuskiego „L’Art Contemporain – Sztuka Współczesna”. Pozyskał do współpracy znanych artystów francuskiej awangardy, m.in. Jeana Arpa, Maxa Jacoba, Tristana Tzarę, Amedée Ozenfanta, Roberta Desnosa. W trzech numerach, bo tylko tyle się ukazało, publikowali także Julian Przyboś, Tadeusz Peiper, Adam Ważyk, Jalu Kurek, Władysław Strzemiński, Józef Czechowicz, Tytus Czyżewski.
W kraju zaś udaną, choć krótkotrwałą, próbą stworzenia czasopisma, skupiającego przedstawicieli awangardy, będzie „Linia” powołana do życia w styczniu 1931 r. przez Kurka, Przybosia i Brzękowskiego. W trzecim numerze pisma ukazał się obszerny artykuł Witkacego Odpowiedź i spowiedź, będący polemiką z recenzją Nienasycenia, opublikowaną w komunistycznej „Nowej Kronice” (1931, nr 2). Kurek uznał ten tekst za „tragiczną spowiedź światopoglądową”. Na tym współpraca się skończyła, mimo iż Witkacy trzykrotnie proponował mu druk swoich artykułów. Stanowczo jednak sprzeciwił się jego obecności w „Linii” niedawny towarzysz w walce o połączenie sił awangardy, który 4 grudnia 1932 r. pisał do Przybosia:

Niezwykle cenię Witkiewicza i uważam go za wielkiego pisarza. Ale istnieje poważne ale. Witkiewicza łączy z nami jedynie wstręt do starzyzny. Bo poza tym Wit[kiewicz] nie może się pisać ani na jedną z idei wyrażonych w „Linii”, podobnie jak my musimy odrzucić większość jego teorii. Wciąganie Wit[kiewicza] paczy więc linię „Linii” i robi z niej pismo eklektyczne. Nie kieruję się tu absolutnie żadnymi względami osobistymi, bo W. niezwykle cenię i w każdym innym piśmie zacząłbym od zapewnienia sobie jego współpracy.

W życiu Witkacego nastąpiła wtedy ważna zmiana, której zasadniczą przyczyną była pogarszająca się sytuacja materialna. Prowadzone przez matkę pensjonaty „Zośka” i „Elektron” przynoszą coraz większe straty, co zmusza ją we wrześniu 1930 r. do rezygnacji z tego źródła dochodów (na wyrównanie strat pójdzie całe honorarium za wydane w maju Nienasycenie). Witkacy, który właś­ciwie nie miał domu, bo od 1912 r. mieszkał w pensjonatach wynajmowanych przez matkę, przenosi się wraz z nią do willi „Olma” swoich przyjaciół Heleny i Teodora Białynickich-Birulów. Zmniejszyły się dochody Firmy Portretowej „S. I. Witkiewicz”, ponieważ klientów z powodu ogólnego kryzysu ekonomicznego jest mniej niż zwykle. Nadzieję na poprawę sytuacji Witkacy łączy z książką o narkotykach, którą kończy w sierpniu 1930 r. (ukaże się po dwóch latach). Pisze do żony:

Myślę dorobić przez pisanie do dzienników. Życie zajrzało mi w oczy po 45 latach względnej beztroski (nie liczę Rosji, bo byłem sam i mogłem gwizdać na wszystko) i muszę przyznać, że to zmroziło mnie nieco. Koniec będzie niewesoły.

W liście wysłanym następnego dnia wyjaśnia:

Bede pisał artykuły po 40 zł. Ha – trudno. Ja, „wielki” prorok niezależności literackiej, będę musiał itd.
O czym – ha – o wszystkim. W ogóle trzeba sobie powiedzieć: zabawiliśmy się, a teraz koniec.

Podejmuje współpracę z „Kurierem Literacko-Naukowym” (dodatek do „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”), gdzie opublikuje 12 artykułów poświęconych problematyce filozoficznej. Jednocześnie przyjmuje propozycję współpracy z dziennikiem „Polska Zbrojna”. W jego niedzielnym wydaniu ukazywał się „Dodatek Tygodniowy «Polski Zbrojnej»”, a w nim stała rubryka „Tydzień Literacki”, którą w latach 1927–1930 redagował Leon Pomirowski. Programowym artykułem Bez kompromisu Witkacy rozpoczyna kilkuletnią działalność publicystyczną. Jednym z jej zasadniczych celów będzie walka o wyższy poziom życia umysłowego i kultury w Polsce. Ważne znaczenie w tym dziele przypisywał krytyce:

Wielką odpowiedzialność za „letniość” naszej literatury, za jej płytkość, poziomość, za jej marny trzon intelektualny, za płaskie lizusostwo wobec jakichkolwiek społecznych ugrupowań, za brak odwagi w ostrym stawianiu problemów, za strach blady, który widać w oczach wszystkich piszących, ponosi niemoralna, fałszywa, deprawująca wszystko i fałszująca wszystkie wartości krytyka.

Witkacy powrócił w tym artykule do idei pisma poświęconego krytyce:

Gdyby można mieć na własność takie pismo, o jakim marzył Karol Homolacs, to jest „krzywe zwierciadło krytyki”, pismo, w którym można by krytycznie przedstawić całokształt krytyki całego kraju, może by po pewnym czasie systematycznej walki i wykazywaniu na każdym kroku całej bezmyślności, frazeologii i wprost głupoty bez względu na wszystko, na przyjaźń, stosunki osobiste, politykę itp., może przy zupełnym okrucieństwie wobec samego siebie i innych – można by przełamać to zaczarowane koło miernoty, gniotącej naszą i tak biedną literaturę powojenną.

Na określenie metod stosowanych przez krytyków stworzył Witkacy terminy „gnypalstwo” i „fazdrygulstwo” i z zaciekłością atakował „spłyciarzy” – tych recenzentów, którzy nie mając podstaw intelektualnych, by zrozumieć i ocenić jakieś dzieło, teorię lub czyjeś poglądy, „załatwiają” je za pomocą dowcipu lub złośliwego żartu, zapominając przy tym, że:

[…] myśl podrywana systematycznie balonem dowcipu staje się lekka, lekka, coraz lżejsza, aż w końcu ginie nieznacznie dla samego jej wytwórcy […] i potem dowcip sam w sobie włóczy pustą już głowę dowcipnisia po ugorach intelektu aż do zupełnej zatraty.

Za propagowanie takiej postawy obwiniał grupę pisarzy i krytyków „Wiadomości Literackich”, zarzucając im pogardę dla filozofii, schlebianie gustom „kurierkowej publiczności”, hipokryzję oraz „aluzjonizm i prztykarstwo”.
Od marca 1932 r. trybuną dla Witkacego stał się założony przez Jerzego Brauna dwutygodnik „Zet”, którego zadaniem było propagowanie mesjanistycznej filozofii Józefa Marii Hoene-Wrońskiego i „nawrót do czystych źródeł polskiej kultury, polskiej filozofii i polskiego prometeizmu w sztuce”. Od tej linii programowej Witkacy zdecydowanie odciął się w artykule Wyjaśnienia:

Historia Polski jest dla mnie po prostu jednym wielkim bolącym i wstydliwym błędem. I ta Polska tylko dlatego, że przez świństwa swoje i niedołęstwo wpadła w opresję, która była zasłużoną karą za grzechy, miałaby się stroić w strój męczennika za cudze winy. Jaka teraz jest, to jest, ale w każdym razie daleko jej do bycia „Chrystusem Narodów” – niech swego lepiej pilnuje, aby nie przegapić ostatnich historycznych możliwości. Wznawianie tych idei w jakiejkolwiek formie, babranie się w nich, wyszukiwanie nowych sensów w naprawdę, jak sam Braun mówi, „wyciśniętych jak cytryny (dla niego pozornie tylko) wieszczach” wydaje mi się bezpłodne i spóźnione.

Dyskusję z Witkacym podjęli Jerzy Braun (My a Witkiewicz, „Zet” 1932, nr 4) i Tadeusz Kudliński (Jeszcze o Witkiewiczu, „Zet” 1932, nr 5), a on odpowiedział artykułem Jeszcze parę wyjaśnień, w którym podkreślił, że jego system filozoficzny „diametralnie przeciwny jest wszelkiej metafizyce tego typu jak filozofia Wrońskiego”. Pomimo tych zasadniczych różnic światopoglądowych współpraca z „Zet” potrwa 5 lat, a jej plon to 20 rozpraw, artykułów i felietonów z zakresu filozofii i krytyki, m.in. obszerne rozprawy Leon Chwistek – Demon Intelektu i Dlaczego powieść nie jest dziełem Sztuki Czystej.
Działalność publicystyczną Witkacego zamykają pisane w pierwszej połowie 1935 r. Niemyte dusze opatrzone podtytułem Studium psychologiczne nad kompleksem niższości (węzłowiskiem upośledzenia) przeprowadzone metodą Freuda ze szczególnym uwzględnieniem problemów polskich. Przedstawił w nim swe poglądy na historię Polski, przyczyny jej upadku, scharakteryzował narodowe „grzechy główne” i wady oraz dowodził, że są one nadal żywe:

Tymczasowość i ten ohydny, specyficznie polsko-szlachecki „jakoś to będzizm” to są przywary, które trwają dziś w nie mniejszym natężeniu niż za czasów saskich, a kto wie, czy nawet w ostatnich latach (trzydziestych) nie potęgują się powoli.

Starania Witkacego o opublikowanie Niemytych dusz zakończyły się fiaskiem. Być może wydawcom zabrakło odwagi, aby wydrukować książkę zawierającą przygnębiający obraz współczesnego społeczeństwa polskiego. 4 fragmenty ogłosiła Janina Brzostowska w ukazującym się pod jej redakcją miesięczniku „Skawa”. W 6. numerze z czerwca 1939 r. został wydrukowany rozdział Klan wyjącego psa. Był to ostatni tekst Witkacego, który ukazał się za jego życia.