Przemysław Pawlak

Mowa wygłoszona na pogrzebie Włodzimierza Mirskiego 15 maja 2025 r. w Gorzowie Wielkopolskim.

O tym, do jakiego stopnia Włodek był niezastąpiony i w ile spraw zaangażowany, świadczy to, że odkąd przez kłopoty ze zdrowiem przestał dopingować Igę Świątek, jego ulubienica („mądra, sympatyczna i niezarozumiała” – podkreślał) spada w tenisowym rankingu WTA.

Nie będę dziś cytował dzieł Witkacego, bo żadne z nich nie fascynowało Włodka tak, jak W poszukiwaniu straconego czasu. Włodek jak mało kto w Polsce znał twórczość Marcela Prousta. W pierwszej części tego cyklu powieści, W stronę Swanna, czytamy:

kiedy po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia.

Poznaliśmy się z Włodziem 11 lat temu w Zakopanem, gdzieżby indziej, na konferencji poświęconej Witkacemu, organizowanej przez lubelski Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej. Odprowadzaliśmy się długo wieczorem w tę i z powrotem. Miał wtedy zaburzenia równowagi, myślał, że ma je po swojej mamie, nie wiedział jeszcze, że to guz przysadki płata mu takie figle. Zdarzało się, że wpadał nagle na zaparkowane samochody, a czasem w ostatniej chwili zmieniał kurs i unikał zderzenia z latarnią. Jego referat, zamiast przewidzianych 20 minut, trwał prawie godzinę, przerwano mu, chociaż było to, szczerze mówiąc, jedno z najciekawszych wystąpień w czasie kilkudniowych obrad. Niektórzy akademicy, którzy zajmowali się twórczością Witkacego raz w życiu, tylko z okazji konferencji, nie traktowali Włodka poważnie, widzieli w nim zabawnego staruszka – dla nas stosunek do Włodka był często testem kompetencji – jeśli ktoś go nie znał, znaczyło to, że nie należał do Witkacowskiej rodziny.

Cecylia Judek, emerytowana kustoszka z Książnicy Pomorskiej, napisała o Włodku:

Był dobrym człowiekiem, czułym, uważnym i serdecznym przyjacielem! Wraz z Nim ubyła cząstka Dobra w tym świecie, ale pozostanie Pamięć o niezwykłym, skromnym, o wielkiej wiedzy żeglarzu po nieobjętym oceanie literatury, biografistyki i innych obszarach naszej ziemskiej rzeczywistości.

Był rzeczywiście uzależniony od literatury. Równie chętnie omawiał lektury z aktorami, reżyserami, bibliotekarkami, kompozytorami, profesorem Janem Miodkiem i z pracownicami gorzowskich sklepów, aptek i piekarni. Wszystkich zaskakiwał erudycją, celnością spostrzeżeń i bogactwem skojarzeń. Wiele książek czytał wolno, żeby się za wcześnie nie skończyły. Tak robił z poezją Rainera Marii Rilkego i opowiadaniami Brunona Schulza. Lubił znajdować miejsca lub okoliczności, które go upoważniały do porównania z Davos i Czarodziejską górą Tomasza Manna. Miał słabość do piosenek Czesława Niemena i Magdy Umer, do malarstwa Zbyluta Grzywacza i muzyki Berlińskich Filharmoników.

Parafrazując znów Prousta, można powiedzieć, że radiolog Włodek:

był dość różny od ludzi, którzy przez lenistwo lub przez potulne poczucie obowiązku wobec własnej godności, stronią od przyjemności, jakie nastręcza im życie poza ich światową pozycją. Nie żył zamurowany do śmierci w swojej przegródce, nie zadowalał się tym, by nazywać przyjemnościami mierne rozrywki lub znośne nudy, jakie w nich by znalazł.

Ponieważ był starszy od Papieża witkacologii, profesora Janusza Deglera, Włodek był jedyną osobą, która mogła mu coś kazać – no więc kazał mu wspólnie z nami założyć Instytut Witkacego. Włodek opracował szczegółową bazę warszawskich adresów związanych z Witkacym. W słupskim konkursie „Witkacy pod Strzechy” ogłosił się Tajnym Jurorem i wręczał fundowane przez siebie puchary. Został Honorowym Doradcą redakcji półrocznika „Witkacy!” i jego zawziętym promotorem-dystrybutorem.

Dorota Niedziałkowska, redaktorka naszego czasopisma, stwierdziła, że Włodek:

hartem ducha chciał pokonać niedomogi ciała i nie rozstawał się z marzeniami o uczestnictwie w kulturze. Był życzliwy, pełen humoru, troskliwy i empatyczny, skromny, niedający po sobie poznać, jak światowym był człowiekiem, starał się poświęcić drugiemu maksimum uwagi.

Był wielkoduszny, a według Prousta:

wielkoduszność jest […] jedyną rzeczą, która coś znaczy i która ludzi określa. […] są tylko dwie klasy istot: ludzie wielkoduszni i – wszyscy inni. […] ten czy ów drobny uczynek, delikatnie, czarująco dobry […] jakaś genialna usłużność, prosty a wzniosły gest, świadczą o głębszym zrozumieniu życia niż wszystkie traktaty filozofów.

15 lutego Włodek napisał do mnie:

nieodgadnione są i niewyjaśnione sprawy Istoty Istnienia, egzystencji, trwania tu, na ziemi, a co dopiero po przekroczeniu czerwonej linii, życie? po życiu? Czy istnieje? Ci, którzy „wrócili” po śmierci klinicznej lub z długiej śpiączki są niewiarygodnie zmienieni, w stopniu różnym, w zależności od inteligencji, ale i na pewno od siły i rodzaju wyznawanej wiary. […] WSZYSCY i ZAWSZE mogą tylko gdybać, czyli snuć przędzę pajęczą, przędzę przypuszczenia.

25 kwietnia, znad mojej książki o Witkacym, Włodek dodał:

przechodzenie z astronomii na filozofię. Rozważania z dzieciństwa, kalejdoskopy – na astronomiczne bogactwo Kosmosu. Może i to w nocy skłoniło mnie do dziwnych rozważań o chęci człowieka do jakiejś formy przetrwania w pamięci przyszłych pokoleń. Czy to w zależności od talentu i możliwości manualnych, czy twórczych, w różnym zakresie literackich. Albo zwyczajnie, pragnienie fizycznego przetrwania, co przy dzisiejszej wiedzy nie jest może tak absurdalne, choć może niezbyt atrakcyjne i satysfakcjonujące. Skoro ciało nasze idzie do ziemi, czy zostaje spopielone, to miliony jego atomów przechodzą przez korzenie do roślin, także tych jadalnych, przez zwierzęta, też hodowlane, których jajka, mleko i mięso zjadamy, a atomy nasze ciągle krążą. A co powiedzieć o dawcach krwi i narządów? Ci w wieloraki sposób mogą przetrwać.

Włodziu kochał Tatry, przyrodę, majestat gór i wędrówki w skupieniu. 8 stycznia narzekał i wspominał:

Dziś przeczytałem, że z Kasprowego po wjechaniu nań kolejką linową, na dupsku jakaś kobieta zjechała i nikt jej nie zatrzymał, jedynie śmiali się i przyklaskiwali. Inni kawałkami zjeżdżają na reklamówkach. Żadnego szacunku dla gór. Sam lubiłem skoro świt wychodzić, aby samotnie czas spędzać jak najdłużej. Raz tylko byłem na Świnicy. Na trasie jest wielka skała z wydłubanym stopniem; żeby na nią wejść, musiałem czekać, aż ktoś schodzący poda mi rękę, abym mógł kontynuować wyprawę. Pamiętam też takie wczesne wyjście z żoną i córką, i zabrane z sobą śniadanie, popite gorącą kawą z termosu na Sowiej Górze. Nikoguśko nie było.

Przez 40 lat Włodziu uczestniczył w niezliczonych uroczystościach, spektaklach, wystawach i odczytach, dzięki czemu stał się żywą encyklopedią i legendą witkacofilstwa. Był honorowym gościem Andrzeja Dziuka i jego Teatru Witkacego w Zakopanem, dokąd zabierał i żonę, i córkę, i wnuczkę Agatę. Obdarowywał zespół aktorski kwiatami i upominkami. Czasem zupełnie niezwykłymi. Tańczył raz w kawiarni z Martą Szmigielską na urodzinowym koncercie. Ze starego parkietu szły drzazgi. Podniósł jedną większą i schował do kieszeni. Już po wielkim remoncie na 25. Urodziny Teatru oddał tę drzazgę do oprawy i ofiarował Teatrowi, aby mieli coś ze starej kawiarni.

3 stycznia, gdy prosiłem, żeby nie myślał tyle w nocy, tylko się wysypiał, odpisał:

Masz pewnie rację. W Nowym Roku robi się postanowienia – trzeba wrócić do prawidłowego trybu życia. Ale kiedy rozmyślać i dyskutować? W nocy wypadnie coś z nieśpiącej głowy i leży na kołdrze przed nosem – nie ma do kogo odrzucić. Trudno nie myśleć, a tylko wtedy się łatwo zasypia. Wiem to – te myśli miały na podeszwach sandałów napisane: „idź za mną”.

Na koniec, Włodziu, jeszcze raz Twój ukochany Proust i cytat z tomu Uwięziona:

wszystko się dzieje w naszym życiu tak, jak gdybyśmy w nie wchodzili z ciężarem zobowiązań zaciągniętych w życiu poprzednim; w warunkach naszej egzystencji na tej ziemi nie ma żadnej racji, abyśmy się uważali za zobowiązanych do jakichś cnót, do delikatności, grzeczności, ani nie ma racji, aby artysta czuł się zobowiązany rozpoczynać dwadzieścia razy jedno dzieło, którego sukces mało będzie obchodził jego ciało toczone przez robaki – jak ten fragment żółtej ściany, który namalował z takim kunsztem i wyrafinowaniem artysta na zawsze nieznany, dość na niepewne określony nazwiskiem Vermeer. Wszystkie te zobowiązania […] zdają się należeć do odmiennego świata, opartego na dobroci, na względach moralnych, na poświęceniu; świata całkowicie odmiennego niż nasz; świata, który opuszczamy, aby się urodzić na tej ziemi, zanim może wrócimy tam, aby żyć wedle owych nieznanych praw, którym byliśmy posłuszni, bo nosiliśmy je w sobie, nie wiedząc, kto w nas zakreślił te prawa, do których wszelka głęboka praca inteligencji nas zbliża, a które są niewidzialne jedynie głupcom. Tak iż myśl, że Bergotte nie umarł na zawsze, nie jest pozbawiona prawdopodobieństwa. Pogrzebano go, ale przez całą noc żałobną w oświetlonych witrynach książki jego, ułożone po trzy, czuwały jak anioły z rozpostartymi skrzydłami i zdawały się symbolem zmartwychwstania tego, którego już nie było.

Podziel się z innymi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *