Giovanni Pampiglione
  • Giovanni Pampiglione – Włoch, który zakochał się w Polsce, Polakach (zwłaszcza w Polkach), który dzięki zbiegowi okoliczności poznał Witkacego (ach, to dwutomowe wydanie Dramatów Witkiewicza w opracowaniu Puzyny!), jako teatrolog tłumaczył jego sztuki i wystawiał je we Włoszech… napisał książkę wspomnieniową pod tajemniczym tytułem: Terminus Nord. Poniżej kilka fragmentów tych wspomnień – dzięki uprzejmości Autora (a także wydawcy). Ilustracje pochodzą ze zbiorów Autora, który zachował wiele druków (bardzo) ulotnych z czasów, gdy Witkacy był grany na deskach włoskich teatrów. Zacznijmy jednak od wyjaśnienia tytułu…

Terminus Nord

Terminus Nord Brasserie „Terminus Nord” znajduje się przy głównym wejściu Gare du Nord, paryskiego dworca kolejowego, z którego wyruszają pociągi do Europy Północnej, do Londynu, Brukseli, do Amsterdamu i aż do Warszawy. […] W początkach lat osiemdziesiątych „Terminus Nord” stała się miejscem moich spotkań z grupą przyjaciół, jak Jerzy Kopczyński, Jerzy Orlik i Lech Chrapowicki – wszyscy byli architektami, Polakami mieszkającymi na stałe w Paryżu – i przy „naszym stoliku” w środku lokalu pod wspaniałymi secesyjnymi obrazami, gawędziliśmy o rozkoszach i sensie życia.Łacińskie słowo „terminus” ma podwójne znaczenie: to „przeznaczenie” albo „kres” podróży, rozkoszy, sensu, życia.Choć sens mojego życia – Północ – silnie łączył się z Paryżem, to jego przeznaczeniem była przede wszystkim Polska, w której być może ów sens znajdzie kiedyś swój prawdziwy kres. […]

Witkiewicz w Toskanii XXVII

Dzięki „przypadkowemu” spotkaniu w pociągu relacji Rzym-Neapol z Carlą Pollastrelli (ach, te spotkania w pociągu, niczym Myszkin i Rogożyn) narodził się projekt: Witkiewicz bez kompromisu. W tym okresie pracowałem nad stworzeniem w Formii Międzynarodowego Centrum Teatralnego, sądząc, że nadszedł odpowiedni moment, aby rozwinąć we Włoszech idee Grotowskiego i Brooka, czyli zacząć pracę z aktorami i artystami z różnych krajów w poszukiwaniu nowego języka teatru.„Projekt Witkiewicz” stał się zalążkiem pierwszych tego rodzaju prób we Włoszech, wspieranych przez region Toskanii i Centro Pontedera… i wraz z Carlą Pollastrelli, która była blisko związana z Polską, i z Robertem Baccim (to oni później będą gościć u siebie Grotowskiego i zajmować się nim aż do końca) zmodyfikowaliśmy projekt: zaplanowaliśmy, że w Livorno odbędą się próby i premiera mojego spektaklu Oni, wielka wystawa obrazów Witkiewicza i Jego zdjęć, a w Pizie spotkanie badaczy Jego spuścizny. Z Polski przybyli Jerzy Stuhr i Barbara Krafftówna, Wenezuelka Elizabeth Albapaha [właśc. Albahaca – red.] (dzięki wspaniałomyślności Grota), scenograf Kazio Wiśniak oraz Radwan. We włoskim zespole znaleźli się Cicci Rossini, która zastąpiła potem Krafftównę ze względu na jej problemy z językiem włoskim, Giovanna Daddi, Dario Marconcini, a także debiutujący Marco Paolini. Tak czy inaczej mój pomysł, który bardzo spodobał się Wajdzie, polegał na przeciwstawieniu pary polskich aktorów, pierwszoplanowych kochanków w stylu dandy – Onym (sekcie Absolutnego Automatyzmu), granym przez włoskich aktorów. Spodobało Mu się także, że Oni schodzą na owalną widownię i ubrani są tak, że trudno ich rozpoznać wśród widzów. Tymczasem w mieście pojawiły się transparenty z napisem Bez kompromisu oraz plakaty ze wspaniałym fotograficznym autoportretem Witkiewicza. W Pizie zaś Puzyna, Hübner, Micińska, Flaszen i Janusz Degler (dziś Pontifex Maximus Witkiewiczowskiej spuścizny) objaśniali krytykom i publiczności „napięcia kierunkowe” życia, myśli i sztuki Witkacego. Spektakl doczekał się tournée po Włoszech, najlepiej zaś wypadł w rzymskim Palazzo delle Esposizioni, wówczas jeszcze nieodnowionym, podupadłym, niemal budzącym grozę, jak wizja Onych, którzy w czasie przerwy głośnym chórem wykrzykiwali pośród publiczności: „Niech żyje Automatyzm!”. Potem było udane tournée po Polsce, w trakcie którego podekscytowana publiczność podziwiała swojego ulubionego autora w wykonaniu Włochów. Spektakl pod wodzą beniaminka polskiej widowni, Jerzego Stuhra, został zaprezentowany na festiwalu we Wrocławiu, w krakowskim Starym Teatrze i w warszawskim Ateneum – gdy w tamtejszym foyer kończyliśmy pierwszą część przedstawienia, z głównej sali znajdującej się na pierwszym piętrze za sprawą przypadku zaczęli wychodzić widzowie sztuki Czechowa. Gwałtowne hasła Onych zaskoczyły tę drugą, beztrosko kroczącą po schodach publiczność, która aż znieruchomiała. Pamiętam zaniepokojone spojrzenia, pobladłe twarze. Przez chwilę Oni naprawdę tu byli i zajęli Teatr. W tej grze luster (Oni, My, Rzeczywistość, Fikcja) zdało mi się nagle, że Witkacy przemierza teatralny hall ze swoim szyderczym pełnym satysfakcji uśmiechem na ustach. […]

Festiwal Dwóch Światów XXXI

Wielkie było też Spoleto i jego dwa, trzy czy nawet cztery Światy. Po raz pierwszy stworzyłem tam prawdziwie międzynarodowy zespół, rzecz jasna pod auspicjami Witkiewicza! Wybrałem sztukę, którą ukochałem od kolebki: Mątwę, przełożoną przeze mnie na potrzeby pracy magisterskiej, a następnie wydaną przez wydawnictwo Bulzoni wraz z siedmioma innymi tekstami, pośród których znaleźli się Oni i Matka. Wszystko było gotowe, plan był doskonały! Obsada, jaką rzadko kiedy można zebrać: Jerzy Stuhr, Ewa Kolasińska, Jerzy Bińczycki i Leszek Czarnota (z Polski), Tomolo Tanaka (z Japonii), Pierre Santini (z Francji), Carla Cassola, Laura Poli, Vittorio Franceschi (z Włoch), scenografia i kostiumy autorstwa Jana Polewki oraz muzyka Radwana, rozpisana tylko na głosy. Wreszcie przestrzeń Teatrino delle Sei oraz magiczny nastrój festiwalu Menottiego. Publiczność i krytyka szalały, Festiwal poprosił nas o siedem dodatkowych spektakli, aby choć po części sprostać ogromnemu zapotrzebowaniu. Było to prawdziwe zwycięstwo mojego Atelier i jego międzynarodowego zespołu, tak oryginalnego, odważnego, godnego porywających komplementów ze strony największych krytyków włoskich (dziś już nieżyjących), oraz tryumf Witkiewicza zwanego Witkacym, który w końcu naprawdę został dostrzeżony poprzez europejskie szkło powiększające i doczekał się należytej chwały. […]

Nowy Dom – Casa Nova XXXVIII

I mnie, w pewnym sensie, zniewolił Kraków, czego początek datuje pewna historia w duchu Bułhakowa, tak więc nie mogę pozbawić się tej przyjemności, by jej nie przytoczyć. Wróciłem do Krakowa po wielu latach w czerwcu 1992 roku na Europejski Festiwal, na który przywiozłem z Rzymu moją nową inscenizację Witkiewicza: Zieloną pigułkę, oniryczny spektakl, w którym – pośród publiczności usadowionej po bokach czterdziestometrowego korytarza – pojawiały się postaci zaczerpnięte z Jego rozmaitych sztuk: Szewcy paplający w dziwacznym, autentycznym dialekcie neapolitańskim, a wraz z nimi także Księżna Irina i Scurvy, oraz swawolna Dziwka w Majonezie… Były Nadobnisie i Koczkodany, było też kilka postaci z Mątwy pod wodzą granego przeze mnie króla Hyrkanii, doskonale odnajdującego się w czasach Tangentopoli… Cóż, Zielona pigułka wytwarzała efekt jak ulubione narkotyki Witkacego, pod których wpływem malował i pisał Swoje sztuki, tutaj wystawione z kusicielską muzyką Petera Gabriela i w drogocennych kostiumach Santiego Migneco. […]