Dalibor Blažina

List do Leszka na czas obchodów

Drogi Leszku,

minęło już 40 lat odkąd się poznaliśmy: była wczesna warszawska jesień 1981 r., cudowne babie lato, a w Polsce polityczna gorączka. Byłem świeżo upieczonym asystentem prof. Zdravka Malicia, zagrzebskiego polonisty, w polskich kręgach znanego gombrowiczologa. Do Warszawy przyjechałem jako stażysta-stypendysta: miał to być rok przyspieszonego kursu „polonistyki ogólnej” – ale przede wszystkim wprowadzenia do nauki o Witkacym, który – w porozumieniu z moim profesorem – miał być tematem mojej pierwszej poważnej pracy na drodze do tzw. magistra naukowego (taki w Polsce nie istniał). Po imponującym wkładzie Malicia w sprawę przybliżenia nam twórczości Witolda Gombrowicza, Witkacy wydawał się mile widzianym dodatkiem, a nawet pożyteczną poprawką. Przekłady Gombrowicza, a częściowo także Brunona Schulza, zapoczątkowały ciekawą i względnie owocną recepcję współczesnej literatury polskiej w chorwackich (i – szerzej – jugosłowiańskich) kręgach literackich i literacko-naukowych, jednak Witkacy wciąż czekał na swego promotora. Zainspirowany spektaklem Matka w reżyserii Jerzego Jarockiego, widzianym w krakowskim Teatrze Kameralnym (studencka wycieczka w 1977 r.), już wtedy dostrzegłem w Witkacym wyzwanie, poparte faktem, że twórca Szewców był także przedmiotem swoistej legendy – legendy teatru studenckiego lat 60. i 70. Poza tym to autor, którego teksty grano bardzo wcześnie na scenie zagrzebskiego Chorwackiego Teatru Narodowego (W małym dworku, 1966!) – ale który, jako artysta, pisarz i myśliciel, pozostał w moim kraju prawie nieznany. Taki był mój osobisty plan: rok akademicki 1981/82 miał być rokiem witkacologicznego „uszewczania się”, badania jego sztuki dramatopisarskiej. Po czasie jednak okazało się, że z „polonistyki ogólnej” niewiele zostało: uczelnią nieustannie wstrząsały strajki, a po wprowadzeniu stanu wojennego zajęcia na jakiś czas zawieszono; moje próby włączenia się do seminariów doktoranckich u prof. Michała Głowińskiego z Instytutu Badań Literackich PAN skończyły się na niczym. Mimo to rok, który otwierał się przede mną, w końcu okazał się niezwykle ciekawy i owocny: krótko mówiąc, „studiowałem” wtedy Polskę w jej niezwykle dramatycznym, lecz dla młodego człowieka najbardziej atrakcyjnym momencie. Rzeczywistość, jakby powiedział pisarz, przewyższała sztukę, a Witkacy, którego „trzymałem pod pachą”, stał się w tym bałaganie nader rzetelnym przewodnikiem i niezbędnym korektorem.

Na pierwszych drzwiach, do których zapukałem w warszawskim gmachu polonistyki na Krakowskim Przedmieściu, widniał napis: Katedra Kultury Polskiej. Tam, za tymi drzwiami, miała być moja mała warszawska ojczyzna. Przynajmniej tak było w programie pobytu. Okazało się jednak inaczej. Wizyta w Katedrze była nieoczekiwanie krótka. Z przyjaznym uśmiechem na wypowiedziane hasło „Witkacy!” mój oficjalny opiekun naukowy zasugerował lepsze rozwiązanie: „Podam Panu numer telefonu do profesora Lecha Sokoła – jeśli chodzi o Witkacego, w Warszawie nie ma lepszego adresu”. I rzeczywiście, kilka dni potem pojechałem na ulicę Długą, do Instytutu Sztuki PAN – i tam Cię spotkałem. Pamiętam tylko tyle: po wstępnej rozmowie w stylu nieco zdziwionego mentora i zdezorientowanego studenta zagłębiliśmy się w biblioteczny katalog Instytutu, który zachwycił mnie fachowością i walorami informacyjnymi: w jego szufladach ukrywał się skrupulatnie ułożony Witkacy i prawie cały ówczesny dorobek witkacologiczny, a znakomite opisy otwierały drogę przez labirynt już wtedy rozległej witkacologii. Było to odkrycie Sezamu, a ja dostałem do niego złoty kluczyk. Wiem, że osobiście dbałeś o to, by katalog biblioteki był najpełniejszą bazą informacyjną, jaką można było sobie wyobrazić w czasach przed cyfryzacją. Dzięki Tobie dostałem specjalne prawo do pożyczania książek „więcej niż maksimum”.

Drogi Leszku, byłeś wtedy zaledwie czterdziestolatkiem, ale już bardzo szanowanym profesorem; mnie, jako czeladnikowi sztuk witkacologicznych przysługiwał właśnie taki opiekun – ktoś, kto byłby nie tylko fachowcem, ale potrafił także przełamać sztywność konsultacji mentorskich. Twój to zmysł do kalamburów i żartów, erudycyjny, ale też względnie łatwy do zrozumienia, był dla tzw. zagranicznego polonisty środkiem niezwykle pomocnym, wręcz terapeutycznym: uwalniał od wszelkiej tremy, usuwał brąz z podejrzanych pomników literackich i naukowych, a tym samym ułatwiał komunikację. Sprawiał, że problem zwany pracą naukową stawał się bliższy, bardziej dostępny, bardziej ludzki. Witkacy, ten od witzów i szpryngli, był Ci bardzo bliski. Co więcej, można powiedzieć, że należałeś do tego samego teatru. Część Twojego talentu mogłem odkryć podczas naszych okazjonalnych spotkań poza Instytutem, w kawiarniach na Długiej czy Freta, albo podczas krótkich wizyt w Twoim domu, dokąd czasami (już wtedy czy później?) jeździłem na przyjacielskie konsultacje.

Na tych spotkaniach zwracałeś szczególną uwagę na godność naszego zawodu, a także samego Witkacego. Twoje interpretacje, jeśli dobrze je rozumiałem, wielokrotnie potwierdzały powagę jego osobliwych prognoz społecznych, kulturowych i politycznych. W Twoich lekturach (a raczej: w rozmowach z Tobą) Witkacy wyrastał na istnego demona nowoczesności, posłańca apokalipsy, która faktycznie rozgrywała się wokół nas. I choć rzeczywistość wydawała się otwierać drzwi do pewnych optymistycznych rozwiązań, Twój „angielski” sceptycyzm był otrzeźwiający. Czytając wówczas Twój doktorat, wydany pod tytułem Groteska w teatrze Stanisława Ignacego Witkiewicza w 1973 r., sam powoli odkrywałem pokłady tej (teatralnej) relacji: Witkacy coraz bardziej stawał się wtedy pisarzem upolitycznionej, groteskowej, ale i dramatycznej polskiej codzienności w czasach nowych i przyszywanych szewców. Bywał coraz bardziej „współczesny”, ale w sposób specyficznie witkacowski – zniekształcony i czarnohumorystyczny. Myślę, że spotkania z Tobą, jak najbardziej inspirujące i owocne, istotnie przyczyniły się do tego, że Witkacy owej wiosny i lata 1982 r. stał się moim własnym „przewodnikiem po Polsce”, która w tamtym okresie była dla mnie całym światem.

Dziękuję Ci za to wszystko, ale także za to, co dopiero miało nastąpić: za długą, ciepłą przyjaźń i wspaniałą współpracę.

Wszystkiego najlepszego, Drogi Leszku!

Dalibor

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
  1. Janusz Degler, Dalibor Blažina, Lech Sokół podczas Treći Malićevi dani w Zagrzebiu, listopad 2015. Wszystkie zdjęcia z archiwum Filozofskiego Fakultetu w Zagrzebiu.
  2. Witkacolodzy podczas konferencji Witkiewiczowie w Lovranie – po stu latach, Lech Sokół w ostatnim rzędzie, 2004.
  3. Lech Sokół, Janusz Degler, Dalibor Blažina Treći Malićevi dani w Zagrzebiu, 2015.
  4. Lech Sokół, Janusz Degler, Dalibor Blažina na sesji w Lovranie, 2004. Fot. S. Okołowicz.
Podziel się z innymi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *